m u z y k a
Cała aura bycia silnym, twardym nauczycielem gdzieś zniknęła. Znów był tym samym gówniarzem, co kilka tysięcy dni temu. Tym samym Kim Seokjinem, złotym malarzem, który dawał Namjoonowi nadzieję na lepsze jutro. Speszonym chłopcem, który rumienił się przy najmniejszym i najdelikatniejszym dotyku.
Łzy zaczęły niekontrolowanie spływać po policzkach starszego, tworząc strumienie, które bezgłośnie zaczęły rozbijać się o kołnierz jego koszuli. Wyciągnął przed siebie ręce, niczym skrzywdzone dziecko, aby sięgnąć po rąbek matczynej sukni.
Serce młodszego waliło niczym opętane, gdy oplatał swoimi ramionami kogoś, kogo brakowało mu nieprzerwanie przez cały ten czas. Wtulił głowę w zgłębienie jego szyi, upajając się zapachem jego perfum o nucie brzoskwini i róż.
Ta chwila byłaby zupełnie cudowna, gdyby dwójka zdała sobie sprawę z tego, że jest obserwowana.
Gdy para pożegnała się, nadal lekko popłakując z radości z odnowienia ich „przyjaźni”, rozeszli się, każdy w swoją stronę.
Namjoon postanowił przejść się, aby ochłonąć. Chciał ostygnąć odrobinę z żaru, który wypełniał jego serce, i rozlewał się na twarzy. Poprawił mocno zawiązany przez Jina szalik, okalający jego szyję, i spojrzał wysoko w górę. Jesienne niebo było już lekko szare, z racji tego, jak długi czas zajęła dwójce rozmowa. Uśmiechnął się do kilku lśniących nad nim gwiazd, i ruszył przed siebie.
Chciał iść, ale coś mu nie pozwalało. A raczej ktoś.
Poczuł, że ktoś mocno ciągnie go za kaptur kurtki. Odwrócił się, gotowy okrzyczeć żartownisia, lecz jedyne co zdołał zrobić, to zawyć z bólu. Ktoś spryskał jego oczy gazem pieprzowym, który zaczął niemiłosiernie palić jego całą twarz. Po kilku sekundach nie widział już zupełnie niczego, i upadł na ziemię, będąc pchniętym przez kilka osób na raz. Wydawało mu się, że było ich dwóch, bądź trzech.
-I co teraz, Casanova?- parsknął jeden z nich, kopiąc dwudziestolatka z całej siły w brzuch. Blondyn załkał głośno, czując, jak krew napływa mu do gardła.
-O…co…wam…chodzi- wysapał Namjoon, przerywając połowę wypowiedzi krwistym kaszlem.
-Jeszcze masz czelność się pytać, gówniarzu?- ryknął całym gardłem drugi, sprzedając mu drugiego kopniaka, tym razem w plecy.
-Ładnie to tak puszczać się z nauczycielami?- krzyknął któryś, i nie czekając na odpowiedź Joona zaczął torturować go i bić jednocześnie z drugą osobą.
Słowa wirowały w głowie Kima jak w ubrania w pralce. Nie był w stanie nic odpowiedzieć, nie był w stanie nawet się podnieść. Strach, oraz ból sparaliżowały go kompletnie, sprawiając, że był w stu procentach bezbronny.
I gdy już myślał, że umrze na ich oczach, usłyszał czyjś wrzask, nadchodzący z niedaleka.
Wrzask Jina.
Nerwowe wystukiwanie rytmu na blacie ławki nie pomagało w niczym, chciałoby się rzec, że tylko pogarszało całą sprawę i zdenerwowanie Namjoona.
Była godzina 11:30, a więc do końca zajęć zmuszony był czekać jeszcze pół godziny. Gdyby chłopak mógł podjąć wybór, wolałby, żeby czas płynął kilka razy wolniej-był bliski omdlenia ze stresu przed spotkaniem sam na sam z Seokjinem. Jego największym idolem, jego pasją, muzą, platoniczną miłością od czasów gimnazjum, a także inspiracją do nazwania sztalugi „Jinnie”. Zdarzały się wieczory, kiedy blondyn przytulał się do drewnianej konstrukcji, i głaszcząc ją wyobrażał sobie, że mógłby być to prawdziwy Jin z krwi i kości.
Z zamyślenia wyrwał chłopaka cios w żebro- to Park Jimin dawał o sobie znać.
-Hej, spytam z ciekawości, czy wy dwaj-przerwał na chwilę, kierując wzrok na wykładowcę-się wcześniej spotkaliście? Wydaje mi się, że on Cię zna.- skończył, podpierając głowę na dłoni z widocznym w oczach zaciekawieniem. Uniósł jedną brew, dając znak, że gorączkowo oczekuje jego odpowiedzi.
O tak, Park Jimin, żebyś wiedział, że się znali.
Namjoon westchnął głośno, po raz ostatni przeciągając pędzlem po płótnie, wykończając swoje dzieło. Otarł pot z czoła prawą dłonią, i patrząc z surową miną na czarnowłosego kolegę odpowiedział.
-Oprócz tego, że byłem praktycznie na każdej jego wystawie, i na każdym fanmeetingu, to miałem okazję iść z nim na randkę 5 lat temu. Ot co, miałem cholerne szczęście, i to chyba tyle. Od tamtej pory nie miałem z nim kontaktu, nie sądziłem że jego wygląd zmienił się aż tak bardzo.-skończył opowiadać blondyn, patrząc na oczy Jimina, które stawały się coraz większe i większe.
-Woah, stary, randka z taką szychą? Nie ma co, rzeczywiście masz szczęście.- westchnął brunet, kierując swój wzrok w sufit.
-Koniec zajęć, na dzisiaj jesteście wolni. A, tak, Kim Namjoon, mamy do porozmawiania na temat…twojego obrazu…-skłamał Jin- Dziewczyny, wychodźcie szybciej, bo was cholera jasna wykopię własnoręcznie.
Płeć żeńska z dodatkiem Jung Hoseoka i Park Jimina wyszła z sali, zostawiając dwójkę samych w wielkim pomieszczeniu, które aż buzowało od woni farb arylowych i damskich perfum.
Namjoon podszedł bliżej do biurka, na którym wygodnie usadowił się jego wykładowca. Poprawił on dłonią ułożenie swojej grzywki, cały czas patrząc blondynowi głęboko w oczy. Uśmiechnął się lekko, widząc jego zakłopotanie.
-Kopę lat, zgaduję, Monie.- blondyn wzdrygnął się, słysząc zdrobnienie jego imienia, którego jedynie On używał w jego stosunku.
-Czy….możesz mi wytłumaczyć, co tu się, kurwa mać, wydarzyło…?-zapytał pół-szeptem dwudziestolatek, podchodząc do Seokjina, i ku jego niespodziewanej reakcji, kładąc na jego policzku swoją sporych rozmiarów, żylastą dłoń. Pogłaskał kciukiem jego twarz, patrząc ze łzami w oczach na jego zmęczoną, szarą postać.
-Przepraszam. Przepraszam za to, co wydarzyło się pięć lat temu…byłem wtedy naprawdę szczeniacki. Nie wiem, jak mogłem Cię zostawić na naszej pierwszej randce. Głupi jestem, co?- zaśmiał się ironicznie starszy, spuszczając wzrok.
-Znudziłem się widowni, więc nie znajdywałem już ukojenia w malarstwie. A fakt, że musiałem z czegoś żyć samodzielnie, bez pomocy nadzianych rodziców, doprowadził mnie tutaj. Jestem wykładowcą, który nawet nie skończył studiów. Jestem tak cholernie zależny od ludzi…-dokończył, zakrywając twarz dłońmi.
Była godzina 11:30, a więc do końca zajęć zmuszony był czekać jeszcze pół godziny. Gdyby chłopak mógł podjąć wybór, wolałby, żeby czas płynął kilka razy wolniej-był bliski omdlenia ze stresu przed spotkaniem sam na sam z Seokjinem. Jego największym idolem, jego pasją, muzą, platoniczną miłością od czasów gimnazjum, a także inspiracją do nazwania sztalugi „Jinnie”. Zdarzały się wieczory, kiedy blondyn przytulał się do drewnianej konstrukcji, i głaszcząc ją wyobrażał sobie, że mógłby być to prawdziwy Jin z krwi i kości.
Z zamyślenia wyrwał chłopaka cios w żebro- to Park Jimin dawał o sobie znać.
-Hej, spytam z ciekawości, czy wy dwaj-przerwał na chwilę, kierując wzrok na wykładowcę-się wcześniej spotkaliście? Wydaje mi się, że on Cię zna.- skończył, podpierając głowę na dłoni z widocznym w oczach zaciekawieniem. Uniósł jedną brew, dając znak, że gorączkowo oczekuje jego odpowiedzi.
O tak, Park Jimin, żebyś wiedział, że się znali.
Namjoon westchnął głośno, po raz ostatni przeciągając pędzlem po płótnie, wykończając swoje dzieło. Otarł pot z czoła prawą dłonią, i patrząc z surową miną na czarnowłosego kolegę odpowiedział.
-Oprócz tego, że byłem praktycznie na każdej jego wystawie, i na każdym fanmeetingu, to miałem okazję iść z nim na randkę 5 lat temu. Ot co, miałem cholerne szczęście, i to chyba tyle. Od tamtej pory nie miałem z nim kontaktu, nie sądziłem że jego wygląd zmienił się aż tak bardzo.-skończył opowiadać blondyn, patrząc na oczy Jimina, które stawały się coraz większe i większe.
-Woah, stary, randka z taką szychą? Nie ma co, rzeczywiście masz szczęście.- westchnął brunet, kierując swój wzrok w sufit.
-Koniec zajęć, na dzisiaj jesteście wolni. A, tak, Kim Namjoon, mamy do porozmawiania na temat…twojego obrazu…-skłamał Jin- Dziewczyny, wychodźcie szybciej, bo was cholera jasna wykopię własnoręcznie.
Płeć żeńska z dodatkiem Jung Hoseoka i Park Jimina wyszła z sali, zostawiając dwójkę samych w wielkim pomieszczeniu, które aż buzowało od woni farb arylowych i damskich perfum.
Namjoon podszedł bliżej do biurka, na którym wygodnie usadowił się jego wykładowca. Poprawił on dłonią ułożenie swojej grzywki, cały czas patrząc blondynowi głęboko w oczy. Uśmiechnął się lekko, widząc jego zakłopotanie.
-Kopę lat, zgaduję, Monie.- blondyn wzdrygnął się, słysząc zdrobnienie jego imienia, którego jedynie On używał w jego stosunku.
-Czy….możesz mi wytłumaczyć, co tu się, kurwa mać, wydarzyło…?-zapytał pół-szeptem dwudziestolatek, podchodząc do Seokjina, i ku jego niespodziewanej reakcji, kładąc na jego policzku swoją sporych rozmiarów, żylastą dłoń. Pogłaskał kciukiem jego twarz, patrząc ze łzami w oczach na jego zmęczoną, szarą postać.
-Przepraszam. Przepraszam za to, co wydarzyło się pięć lat temu…byłem wtedy naprawdę szczeniacki. Nie wiem, jak mogłem Cię zostawić na naszej pierwszej randce. Głupi jestem, co?- zaśmiał się ironicznie starszy, spuszczając wzrok.
-Znudziłem się widowni, więc nie znajdywałem już ukojenia w malarstwie. A fakt, że musiałem z czegoś żyć samodzielnie, bez pomocy nadzianych rodziców, doprowadził mnie tutaj. Jestem wykładowcą, który nawet nie skończył studiów. Jestem tak cholernie zależny od ludzi…-dokończył, zakrywając twarz dłońmi.
Cała aura bycia silnym, twardym nauczycielem gdzieś zniknęła. Znów był tym samym gówniarzem, co kilka tysięcy dni temu. Tym samym Kim Seokjinem, złotym malarzem, który dawał Namjoonowi nadzieję na lepsze jutro. Speszonym chłopcem, który rumienił się przy najmniejszym i najdelikatniejszym dotyku.Łzy zaczęły niekontrolowanie spływać po policzkach starszego, tworząc strumienie, które bezgłośnie zaczęły rozbijać się o kołnierz jego koszuli. Wyciągnął przed siebie ręce, niczym skrzywdzone dziecko, aby sięgnąć po rąbek matczynej sukni.
Serce młodszego waliło niczym opętane, gdy oplatał swoimi ramionami kogoś, kogo brakowało mu nieprzerwanie przez cały ten czas. Wtulił głowę w zgłębienie jego szyi, upajając się zapachem jego perfum o nucie brzoskwini i róż.
Ta chwila byłaby zupełnie cudowna, gdyby dwójka zdała sobie sprawę z tego, że jest obserwowana.
Gdy para pożegnała się, nadal lekko popłakując z radości z odnowienia ich „przyjaźni”, rozeszli się, każdy w swoją stronę.
Namjoon postanowił przejść się, aby ochłonąć. Chciał ostygnąć odrobinę z żaru, który wypełniał jego serce, i rozlewał się na twarzy. Poprawił mocno zawiązany przez Jina szalik, okalający jego szyję, i spojrzał wysoko w górę. Jesienne niebo było już lekko szare, z racji tego, jak długi czas zajęła dwójce rozmowa. Uśmiechnął się do kilku lśniących nad nim gwiazd, i ruszył przed siebie.
Chciał iść, ale coś mu nie pozwalało. A raczej ktoś.
Poczuł, że ktoś mocno ciągnie go za kaptur kurtki. Odwrócił się, gotowy okrzyczeć żartownisia, lecz jedyne co zdołał zrobić, to zawyć z bólu. Ktoś spryskał jego oczy gazem pieprzowym, który zaczął niemiłosiernie palić jego całą twarz. Po kilku sekundach nie widział już zupełnie niczego, i upadł na ziemię, będąc pchniętym przez kilka osób na raz. Wydawało mu się, że było ich dwóch, bądź trzech.
-I co teraz, Casanova?- parsknął jeden z nich, kopiąc dwudziestolatka z całej siły w brzuch. Blondyn załkał głośno, czując, jak krew napływa mu do gardła.
-O…co…wam…chodzi- wysapał Namjoon, przerywając połowę wypowiedzi krwistym kaszlem.
-Jeszcze masz czelność się pytać, gówniarzu?- ryknął całym gardłem drugi, sprzedając mu drugiego kopniaka, tym razem w plecy.
-Ładnie to tak puszczać się z nauczycielami?- krzyknął któryś, i nie czekając na odpowiedź Joona zaczął torturować go i bić jednocześnie z drugą osobą.
Słowa wirowały w głowie Kima jak w ubrania w pralce. Nie był w stanie nic odpowiedzieć, nie był w stanie nawet się podnieść. Strach, oraz ból sparaliżowały go kompletnie, sprawiając, że był w stu procentach bezbronny.
I gdy już myślał, że umrze na ich oczach, usłyszał czyjś wrzask, nadchodzący z niedaleka.
Wrzask Jina.
o nie, ta końcówka mnie rozbroiła i po 'wrzask jina' się prawie popłakałam; proszę o następny rozdział ♥
OdpowiedzUsuń